Jak wybierałaś trasę i dlatego wybrałaś akurat ten fragement Trasy Pojezierzy Zachodnich?
Wybierając ten 125-kilometrowy odcinek Trasy Pojezierzy Zachodnich z Siekierek do Choszczna, kierowałam się przede wszystkim logistyką i bezpieczeństwem. Podróżowałam z dwojgiem dzieci, na trzech rowerach i z przyczepką bagażową – wolałam wziąć cały ciężar na siebie, żeby dzieci jechały na lekko. Przy takim zestawie sprawny dojazd pociągiem był dla mnie sprawą kluczową.
Zdecydowałam się na pociągi regionalne, bo podróżowanie z nimi jest po prostu o wiele łatwiejsze. Szerokie drzwi i perony zazwyczaj na poziomie podłogi pociągu dają ogromny komfort – wchodzi się bez problemu, bez dźwigania i bez konieczności zdejmowania sakw. W przeciwieństwie do pociągów pospiesznych, gdzie są schodki, a rowery trzeba wieszać na hakach, w Regio wystarczy je wygodnie przypiąć pasami. Mimo że mieliśmy do pokonania ponad 200 km, czyli jakieś 3–4 godziny podróży przez Szczecin (w jedną stronę bezpośrednio, w drugą z przesiadką), to właśnie wybór kolei regionalnej zapewnił nam spokój i wygodę.
Drugia sprawa to same walory trasy. Znałam ten odcinek wcześniej z pracy i wiedziałam, jak świetnie sprawdzi się dla rodzin. Miasteczka takie jak Moryń czy liczne jeziora po drodze idealnie nadawały się na przerwę i spontaniczną kąpiel. Chciałam też pokazać dzieciom spektakularny most w Siekierkach, choć – jak się okazało – większym hitem wyjazdu stał się dla nich inny most do skakania do wody w Pełczycach.
Na koniec niezwykle ważna była dla mnie jakość samej infrastruktury. Wiedziałam, jaki jest udział nawierzchni asfaltowych oraz to, ile odcinków jest całkowicie odseparowanych od ruchu samochodowego. Te szczegółowe informacje dotyczące nawierzchni i bezpieczeństwa można łatwo zweryfikować na stronie rowery.wzp.pl, w aplikacji Pomorze Zachodnie czy na naszych drukowanych mapach, gdzie fioletowe kolor trasy oznacza drogi odseparowane, a czerwonym oznaczone są trasy biegnące po lokalnych drogach o niskim ruchu samochodów.
Wszystko to złożyło się w jedną spójną całość – wygrały praktyczne rozwiązania, które idealnie odpowiadały potrzebom rodzica podróżującego z dziećmi.
A jak zaplanowałaś dystans? Przecież 125 km z dziećmi brzmi poważnie.
Plan był prosty: dojechać do Choszczna. Reszta miała być przygodą.
nałam tę trasę wcześniej z pracy, więc nie musiałam spędzać godzin na analizowaniu każdego kilometra. Skupiłam się jedynie na wytypowaniu najciekawszych punktów i ewentualnych pętli po drodze. Gdyby to była moja pierwsza wyprawa w te strony, pewnie przygotowywałabym się skrupulatniej. Osobie, która jedzie tam po raz pierwszy, gorąco polecam naszą stronę rowery.wzp.pl – przy każdym opisie trasy są tam nie tylko ślady GPX i lista atrakcji, ale też baza noclegowa w ramach programu Miejsc Przyjaznych Rowerzystom (MPR).
Pytanie o dystans jest uzasadnione, bo 125 km z dziećmi brzmi poważnie. Kluczem było jednak zupełnie inne podejście do planowania. Podróżując z dziećmi, pełnym ekwipunkiem, namiotem, śpiworami i jedzeniem na parę dni – bez auta w odwodzie – trzeba po prostu trochę odpuścić. Odpuścić pilnowanie każdego kilometra, sztywne trzymanie się grafiku i myślenie, że założony plan musi być zrealizowany w stu procentach.
Wiedziałam jedno: odcinek bazowy to około 130 km na Trasie Pojezierzy Zachodnich, ale od początku zakładałam, że to nie będzie żaden wyścig. Po drodze miały być postoje, jeziora, lody, noclegi i mnóstwo spontaniczności. I rzeczywiście – bazowe 125 km szybko się rozrosło. Dochodziły dojazdy do pól namiotowych, dodatkowe pętle i nasze klasyczne rodzinne: „a zobaczmy, co jest jeszcze tam!”.
Finalnie zrobiliśmy niemal dwa razy więcej kilometrów, ale rozłożyliśmy to na 9 dni podróży, z czego aż 3 dni przeznaczyliśmy na czysty odpoczynek i regenerację nad jeziorem w Barlinku. Dzięki takiemu podejściu dystans przestał być ciężarem, a stał się naturalnym tłem dla świetnego, rodzinnego czasu.
No dobrze. To zacznijmy od początku. Po co właściwie zabierać dzieci na kilkudniową wyprawę rowerową?
Bo można im pokazać, że podróż nie musi oznaczać samochodu, hotelu i odhaczania kolejnych atrakcji. Można rano spakować namiot, wsiąść na rower i nie wiedzieć do końca, gdzie wieczorem będziemy spać. I to wcale nie musi być stresujące.
Trzy lata wcześniej byłam w tych okolicach i pomyślałam: „Muszę kiedyś zabrać tu dzieci, bo jest pięknie!”. W tym roku po prostu przyszedł moment, żeby to zrobić.
Mieliśmy bilety na pociąg do Mieszkowic i powrotny z Choszczna. Cel był prosty: zdążyć na pociąg powrotny. A to, co wydarzy się pomiędzy, miało być przygodą.
– Brzmi trochę jak plan bez planu.
Bo trochę tak było. Miałam plan A i plan B. Wiedziałam, że chcę spędzić więcej czasu w Moryniu, chciałam zobaczyć Siekierki, zależało mi na Barlinku. Ale nie rozpisywałam każdego dnia co do kilometra.
Zresztą z dziećmi chyba nie da się inaczej. Można zaplanować trasę, ale potem pojawia się deszcz, głód, zmęczenie, jezioro albo… bardzo fajny pies i cały harmonogram przestaje mieć znaczenie.
– A nie bałaś się tych 130 kilometrów?
Sama liczba może brzmieć poważnie, ale trzeba ją dobrze rozumieć. To ponad 130 kilometrów samej trasy między Siekierkami a Choszcznem, a nie dystans, który mieliśmy pokonać jednego dnia. My dodatkowo jeździliśmy do noclegów, robiliśmy pętle i czasami zwyczajnie kręciliśmy się po okolicy.
Pierwszego dnia pojechaliśmy nawet w stronę Siekierek i z powrotem, a później jeszcze nad Odrę. Innym razem zamiast najkrótszej drogi wybieraliśmy trasę przez las albo wracaliśmy innym wariantem.
Nie chodziło o to, żeby przejechać trasę jak najszybciej. Chodziło o to, żeby przeżyć ją po drodze.
– Co więc trzeba mieć, żeby ruszyć z dziećmi?
Na pewno rower, który jest sprawny, podstawowe rzeczy do naprawy i dużo rozsądku. A jeśli jedzie się pod namiot, dochodzi oczywiście cały bagaż.
U nas było tego całkiem sporo: namioty, śpiwory, karimaty, materace, hamak, tarp na wypadek deszczu, ubrania, kosmetyki, jedzenie i kuchenkę. Bagaż trafił przede wszystkim do przyczepki, żeby dzieci mogły jechać możliwie lekko.
I chyba najważniejsze: nie trzeba mieć wszystkiego idealnie przygotowanego. Trzeba mieć rzeczy potrzebne i być gotowym na to, że czegoś się zapomni. Ja na przykład zapomniałam mydła i przez kilka dni robiłam pranie szamponem.
– Czyli wyprawa rodzinna w praktyce wygląda mniej instagramowo, niż mogłoby się wydawać?
Zdecydowanie! Było pranie w szamponie, były kłótnie, zmęczenie, zgubiony telefon, ból brzucha, deszcz i momenty, kiedy wszyscy mieliśmy już trochę dość.
Ale były też lody, kąpiele w jeziorach, SUP, konie, króliki, psy, ognisko, koncert, namioty i piękne odcinki trasy.
I to jest chyba najważniejsze: wyprawa z dziećmi nie musi być idealna, żeby była udana.
– Co najbardziej zapamiętały dzieci?
Każde coś innego. I to jest najlepsze.
Jednego dnia dzieci zachwyciły się królikami u gospodarza. Każdy dostał imię – Rudzielec, Tofik, Agrest i kolejne.
Innego dnia najważniejszy okazał się duży, włochaty pies spotkany po drodze. Marika później powiedziała, że to właśnie pies był najlepszy.
Hania zapamiętała przede wszystkim ucieczkę przed deszczem. Mikołaj z kolei długo nie pamiętał niczego z pierwszej części dnia, za to później bardzo dobrze zapamiętał to, co wydarzyło się nad jeziorem.
I właśnie wtedy pomyślałam, że rodzic może godzinami opowiadać o trasie, nawierzchni i kilometrach, a dziecko zapamięta psa, lody albo miejsce, w którym wskoczyło do wody.
– No właśnie. Co było po drodze?
Mnóstwo rzeczy.
W Cedyni były oczywiście lody. Później sześć kilometrów drogi rowerowej łączącej miasto z Trasą Pojezierzy Zachodnich. Po drodze wiaty, kolejna ulewa i burza. Kiedy w końcu wyszło słońce, pojechaliśmy dalej w stronę Siekierek. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy wodospadzie na rzece Wini, który słychać już z drogi.
W okolicach Siekierek dzieci miały króliki, później był most i koncert, a wieczorem nocleg na dziko nad Odrą. Po drodze trafiliśmy nawet na stado koni, które podeszło do nas na drodze. Dzieci były zachwycone.
To właśnie lubię w rowerze. Nie trzeba wysiadać z samochodu na parkingu przy atrakcji. Atrakcja może pojawić się sama, dokładnie wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewasz.
– A pogoda?
Pogoda oczywiście miała własny plan.
Były ulewy i burze. Raz przeczekiwaliśmy deszcz pod wiatą, innym razem schowaliśmy nawet rowery z przyczepką w restauracji.
Kiedy jechaliśmy dalej w stronę Mirowa, zaczęło znowu padać. Nie chciało nam się rozstawiać namiotów w deszczu, więc pojawił się pomysł noclegu w jurcie. Udało się. Dzieci od razu zrobiły sobie z materacy bazę i nagle problem z pogodą przestał być problemem.
To była dla mnie jedna z ważniejszych lekcji z tej wyprawy:
plan B nie oznacza porażki. Czasami plan B jest najlepszą częścią podróży.
– Czyli z dziećmi warto planować, ale nie za bardzo?
Dokładnie.
Warto wiedzieć, dokąd mniej więcej jedziemy, gdzie można zjeść, gdzie jest nocleg i jak wrócić. Ale nie warto próbować kontrolować każdego kilometra.
Jeżeli dziecko jest zmęczone – robimy przerwę.
Jeżeli jest jezioro – możemy się kąpać.
Jeżeli zaczyna padać – szukamy schronienia.
Jeżeli jest fajne miejsce – zostajemy dłużej.
A jeżeli zaplanowaliśmy 30 kilometrów, a przejedziemy 20? Świat się nie kończy.
– Które miejsca szczególnie dobrze sprawdziły się z dziećmi?
Moryń. Zdecydowanie.
Można tam połączyć wszystko, czego potrzebuje rodzina po kilku godzinach jazdy: trochę miasta, obiad, lody, a potem jezioro. My korzystaliśmy z plaży, pomostu i wody. Dzieci mogły pobiegać, pobawić się, a ja przez chwilę popływać.
To właśnie taki rodzinny rytm, który bardzo mi odpowiada:
rower → jedzenie → lody → jezioro → odpoczynek → znowu rower.
Później świetnym miejscem na dłuższy postój okazał się Barlinek. Zostaliśmy tam kilka nocy. Było jezioro, plaża, pomost i SUP. Nie musieliśmy codziennie rano pakować całego obozowiska.
– Czyli warto czasem zatrzymać się na dłużej?
Bardzo.
Jeśli jedziemy z dziećmi przez kilka dni, nie wszystko musi być kolejnym etapem. Czasami najlepszym pomysłem jest zostawić rowery i zrobić dzień nad jeziorem.
W Barlinku właśnie tak zrobiliśmy. Był SUP, kąpiel, plac zabaw, lody i dużo zwykłego bycia razem.
I właśnie takie dni dzieci chyba pamiętają najlepiej.
– A najtrudniejszy moment?
Był. I to niejeden.
Pod koniec wyprawy mieliśmy moment, kiedy dzieci były zmęczone, obrażone na siebie i na mnie. Sama miałam już dość. To był jeden z tych momentów, kiedy człowiek zaczyna się zastanawiać, po co właściwie wymyślił sobie tę całą rowerową przygodę.
A chwilę później znaleźliśmy się nad Jeziorem Pełcz w Pełczycach.
Mikołaj zobaczył, że inni skaczą do wody. Najpierw się bał, później namówił mnie. I nagle zamiast kryzysu mieliśmy dwie godziny skakania do jeziora.
To był jeden z najlepszych momentów całego wyjazdu.
– Czyli kryzys nie musi oznaczać końca wyprawy?
Właśnie.
Z dziećmi chyba trzeba zaakceptować, że kryzys będzie częścią podróży. Tak samo jak głód, zmęczenie czy marudzenie.
Nie trzeba wtedy udowadniać, że „damy radę”. Czasami wystarczy znaleźć ławkę, sklep, jezioro, lody albo miejsce, gdzie można przeczekać deszcz.
– Co powiedziałabyś rodzicowi, który myśli: „Moje dzieci się do tego nie nadają”?
Żeby nie zaczynał od 130 kilometrów.
Zacznijcie od 10. Potem 20. Zróbcie jednodniową wycieczkę. Potem weekend. Zobaczcie, co działa.
I przede wszystkim nie traktujcie rodzinnej wyprawy jak sprawdzianu kondycji.
Dzieci nie muszą przejechać określonej liczby kilometrów, żeby podróż była udana.
Można jechać wolniej. Można skrócić etap. Można wrócić pociągiem. Można zostać nad jeziorem.
A czasami można po prostu zrobić sobie dzień bez roweru.
– I co zapamiętasz z tej wyprawy najbardziej?
Chyba to, że wcale nie musieliśmy się spieszyć.
Mieliśmy konkretny cel – Choszczno – ale po drodze było mnóstwo powodów, żeby się zatrzymać. Most w Siekierkach. Odra. Lody w Cedyni. Króliki. Konie. Moryń i Jezioro Morzycko. Jurta w Mirowie. Barlinek i SUP. Pełczyce i jezioro.
I jeszcze wszystkie małe rzeczy, których nie da się zaplanować.
Bo chyba właśnie o to chodzi w podróżowaniu z dziećmi.
Nie o to, żeby jak najszybciej dotrzeć do celu.
Tylko żeby po drodze wydarzyło się coś, o czym będziecie później opowiadać.
Jeśli chcesz spróbować
Trasę Pojezierzy Zachodnich można potraktować jako gotowy pomysł na rodzinną kilkudniową wyprawę, ale nie trzeba od razu przejeżdżać jej w całości.
Można zacząć od wybranego odcinka, zaplanować noclegi w kilku miejscach, zostawić sobie czas na kąpiel w jeziorze albo zwiedzanie i – co najważniejsze – dopasować tempo do najmłodszych uczestników wyprawy.
Siekierki → Moryń → Mirowo → Myślibórz → Barlinek → Pełczyce → Choszczno
To może być jedna podróż. Ale równie dobrze może być kilka osobnych rodzinnych przygód.
Bo nie trzeba czekać, aż dzieci będą starsze, żeby ruszyć.
Czasem wystarczy spakować rowery, kupić bilety i powiedzieć: „Jedziemy. Zobaczymy, co będzie po drodze”.
Mapy do pobrania